Dom w Polskiej Wsi

Anna Suzani Studio
2 lutego 2016
Barbara Juś – człowiek z możliwościami
8 lutego 2016
Pokaż wszystkie

„Budynek, który stanął przed moimi oczami, był okazały i piękny. Najbardziej podobały mi się schody i całe wejście.

Przed domem niewielkie, dobrze utrzymane trawniki z małymi iglakami.

Na środku dziedzińca ogromny klomb obsadzony kwitnącymi czerwono-pomarańczowymi kannami o wspaniałych, pięknie wybarwionych liściach.

(…)

Na furcie przywitała nas Matka Julia Fudakowska. Nie przyjrzałam się Jej.

Moją uwagę zajęła umieszczona w centralnym punkcie holu, stojąca na postumencie, duża figura Pana Jezusa z widocznym na piersiach sercem i rękoma rozłożonymi w geście powitania”.

W taki sposób Maria Krystyna Żak-Piechowiak opisuje swój przyjazd do szkoły w Polskiej Wsi, prowadzonej przez siostry ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa. Wspomnienia autorki można przeczytać w książce „Był taki dom”, która ukazała się w ubiegłym roku. Książkę polecam lekturze, ponieważ zawiera potężną dawkę historii – pięknej historii. Historii nie tylko Pobiedzisk, ale pewnego świata, który ze swym porządkiem musiał odejść…, ale nie w zapomnienie.

Wspominam o książce z kilku powodów. Jest dla mnie wyjątkowa, ponieważ opisuje miejsce szczególnie mi bliskie. Co prawda, Krystyna Żak-Piechowiak nie opisuje mojej historii, to jednak opisuje dom, którego małą cząstką zdołałem się stać. Podobnie jak dojrzała Krystyna, która ze szczegółami odtworzyła drogę Kryśki od torów do swojego nowego domu, tak i ja pamiętam swoje wrażenia, jak w późnosierpniowe popołudnie razem z Markiem Jekelem przemierzałem tę samą drogę. Była to droga, którą moje stopy miały przemierzać przez trzy następne lata. Jednak inaczej niż u Kryśki, która chciała być pensjonarką, nie towarzyszyła mi ekscytacja. Miałem mieszane uczucia. Pamiętam bardzo długą drogę, której połowę wyznaczał rynek. Pamiętam również uliczkę za rynkiem z domami, których okna osadzone były niewiele nad ziemią, a które wywołały tyle entuzjazmu w Jurku, młodszym bracie Kryśki. Jednak za moich czasów na próżno szukać drogi wśród pól. Od rynku do szkoły wiodła asfaltowa szosa. Ale za to zachowały się kocie łby na Klasztornej, które wiodły dość stromo w górę i po prawej stronie witała wszystkich szeroko otwarta brama.

Najbardziej zapadającym w pamięć wydarzeniem owej pierwszej drogi było spotkanie z figurą Pana Jezusa, które, inaczej niż u autorki wspomnień, wzbudziło we mnie lęk. Monumentalny budynek z wejściem, do którego trzeba było wspiąć się po schodach, olbrzymie drzwi i… ciemność za nimi, z której odcinała się jasna figura Chrystusa. I choć w ciągu trzech lat oswoiłem się z Nią, to jednak za każdym razem, jak wchodziłem do budynku, pamiętałem to pierwsze spotkanie. Chyba jeszcze tego samego dnia zakochałem się w tym miejscu.

Szkoła sióstr Sacré Coeur w Pobiedziskach ( bo za moich czasów ta nazwa zgromadzenia obowiązywała, a Polska Wieś od dawna była już Pobiedziskami) stała się moim domem. I nie chodzi mi o żadną metaforę. Przez całe trzy lata mieszkałem w niej i pracowałem. Przez większą część tego czasu zajmowałem strychowy pokoik z małym korytarzykiem. Za okno na świat służył mi mały wykusz, z którego każdego ranka widziałem pobliskie jezioro. Uwielbiałem spać w swoim pokoju. We wnęce okiennej znajdowało się biurko i krzesło. Poza tym za całe wyposażenie pokoju służyła rozkładana kanapa i szafa. Ot, całe moje ówczesne królestwo. Łazienka była na korytarzu, wspólna. Było to bowiem piętro z pokojami gościnnymi, w których zatrzymywały się liczne wycieczki. Pod koniec drugiego roku pracy siostra Joanna Chudzik, ostatnia dyrektor szkoły, postanowiła przenieść mnie do parterowego pokoju, który znajdował się vis-à-vis kaplicy. Jej wnętrze widziałem za każdym razem, kiedy w szlafroku udawałem się do łazienki na wieczorną toaletę. Tak bliskiego i dosadnego kontaktu sacrum z profanum nigdy wcześniej nie przeżyłem.

To był piękny czas, a jednak naznaczony poczuciem kresu. Kiedy przemierzało się wszystkie kondygnacje od dwupoziomowego poddasza aż do suteren wszystkimi trzema klatkami schodowymi, to można było odnieść wrażenie, że jest to wędrówka po królestwie resztek. W zasadzie tylko strych i sutereny przechowywały ocalałe pojedyncze przedmioty, które wtedy były już eksponatami, wskazującymi na dawną materialną potęgę tamtej wielkiej idei, jaką był program wychowawczy sióstr Najświętszego Serca Jezusa.

Zgromadzenie założyła – tu powołuję się na książkę Krystyny Żak-Piechowiak – w Paryżu w 1800 r. św. Magdalena Zofia Barat. Kiedy święta zrozumiała, że najlepiej przysłuży się Chrystusowi, gdy będzie wychowywać dzieci i uczyć je miłości do Jezusa; to razem z pierwszymi towarzyszkami założyła zgromadzenie. W pensjonatach sióstr olbrzymią uwagę przywiązywano do nauki i przestrzegania przepisów. Przemieszczanie z jednego miejsca na drugie odbywało się w szeregach i w milczeniu. Wymagano nienagannego  porządku w rzeczach osobistych, odpowiedniego uczesania i stroju. Rzecz jasna z czasem rygor zelżał, jednak to, co istotne starano się zachować.

W Polsce pierwszy dom otwarto we Lwowie w 1834 r., drugi w Poznaniu w 1857 r., który jednak w 1873 r. został zamknięty w ramach Kulturkampfu. Niedługo potem, jak siostry wróciły do Poznania, nabyły od Skarbu Państwa posiadłość w Polskiej Wsi. W rezultacie zakupiono XIX-wieczny dworek i aż 73 hektarów gruntu, z czego 50 ha to ziemia orna.

Wkrótce do dworku dobudowano gmach szkoły i pensjonatu. W 1922 r., choć dom był cały czas w budowie (ostatecznie budowa zakończyła się dopiero w 1930 r.), zaczęła funkcjonować szkoła. W czasie II wojny światowej w budynku urządzono szpital wojskowy. Ponownie szkoła zaczęła funkcjonować od września 1945 r. W kolejnym roku dom w Polskiej Wsi został zasilony siostrami z Lwowa, które musiały opuścić tamtejszy dom. Przywiozły ze sobą m.in. archiwum i biblioteczkę.

Nie będę dalej opowiadał o historii pobiedziskiej szkoły, bo o niej najlepiej opowiada książka. Pozwolę sobie jednak na kilka wspomnień. Jako opiekun szkolnej biblioteki bardzo często natrafiałem na lwowskie książki, wydane w latach 20. I 30. To było jedno z ulubionych zajęć. Na przeszukiwaniu pięknych starych szaf z książkami spędzałem całe godziny. A kiedy odnalazłem albumy szkolne, to na przemian odczuwałem zachwyt i smutek. Na starych fotografiach zobaczyłem świat, który był tu przede mną jakieś kilka dziesiątek lat temu. A w teraźniejszości widziałem pojedyncze już pulpity, przy których w salach lekcyjnych zasiadały dziewczęta. Widziałem elementy wyposażenia kabinek oraz piękne szafy. I pomyśleć, że wszystkie placówki sióstr Sacré Coeur były wyposażane w meble, które pochodziły z jednej fabryki. We wszystkich szkołach panował ten sam regulamin, o jednych godzinach w wielu miejscach na świecie spożywano posiłki czy uczono się na tzw. studium.

Tak, tego świata już nie ma. Nie ma również szkoły, która kilka lat temu została zamknięta. Miejsce to posiada moc wiązania ludzi. Nigdy dotąd nie zaznałem takiej więzi. Spędziłem w pobiedziskiej szkole zaledwie trzy lata, a do chwili obecnej czuję się bardzo mocno z nią związany i dałbym naprawdę wiele, by kolejny raz móc znaleźć się na szkolnym korytarzu wypełnionym uczniowskim gwarem. Dałbym wiele, by jeszcze raz móc poprowadzić lekcję języka polskiego w ulubionej „dwójce”. Kiedy mówię o więzi, jaka łączy ludzi z tym miejscem, nie rzucam słów na wiatr. Rzeczywiście, nigdy dotąd nie spotkałem się z tak aktywnym udziałem w bieżącym życiu szkoły absolwentów, czyli „Dawnych”. Spotykają się do dziś, w poznańskim domu zgromadzenia.

Wspominałem na początku, że z kilku powodów postanowiłem napisać o szkole w Pobiedziskach. Pozwala ona – historia szkoły – dokonać redefinicji peryferii. Historia szkoły rzuca nowe światło na relacje między obrzeżem a centrum. Na ogół centrum opatrujemy znakiem plus, tymczasem przez wiele dziesięcioleci wiejska szkoła, ulokowana w okolicach Poznania, kształciła ludzi – nierzadko arystokratycznego pochodzenia – którzy później działali dla dobra kraju. To peryferie kształciły wzorce, które później miały obowiązywać w centrum. To właśnie do Pobiedzisk przyjeżdżały osobistości ze świata centrum…

 

 

 

5 Komentarze

  1. Marta napisał(a):

    Właśnie z owej biblioteki posiadam troche starych książek, które miały zostać wyrzucone… Sentyment do szkoły pozostał…

    • admin napisał(a):

      Przeczuwając, jaki los może spotkać książki, niektóre „przeniosłem” do swojej biblioteczki. Przynajmniej wiem, że nie zostaną zniszczone albo zawieruszone. Drobna pamiątka po domu w Pobiedziskach.

  2. Halina Wojtkowiak ,Wicke-Budzisz napisał(a):

    To był wspaniały okres , a moźe i najlepszy ,najspokojniejszy w moim życiu. Polska Wieś… Matka Żurawska, Matka Drohojowska… I wiele Matek ,doskonale nas rozumiejących,oddanych kobiet, wspaniałych mądrych Matek… Piękne czasy,… Gdy teraz często przemieszczam się z Poznania do Gdyni, nigdy nie zapominam zerknąć przez okno pociągu na klasztor, dumnie stojący, z czerwonym dachem…i jakby zachęcał do odwiedzin… Kocham ten Dom całym sercem… Halina.

    • admin napisał(a):

      To jest piękne, że są ludzie, którzy kochają ten Dom. Kiedy zacząłem pracować w szkole, nie było już Matki Żurawskiej ani Matki Drohojowskiej, ale pamięć o Nich przetrwała. Niesamowicie ciepło wspominam wszystkich współczesnych, którzy tworzyli wspaniały klimat szkoły: s. Lucyna Ligęska, s. Bożena Kunicka, s. Joanna Chudzik, a ze świeckich pracowników mogę wymienić: Marzennę Mruk, Marka Jekela, Grażynę Tarnowską, Magdę Madajczyk-Głowacką, Iwonę Plich-Sitarz, Leszków Pawlikowskiego i Boleckiego. Nie wymieniłem wszystkich, ale wszystkich mi Was brakuje.

  3. Ela Michalska napisał(a):

    Po czteroletnim pobycie w Internacie w POLSKIEJ WSI zdalam mature w 1969 roku. Tak, to byla bardzo wyjatkowa szkola i jestem dumna, ze jestem jej absolwentka. Po maturze studiowalam w Poznaniu medycyne, a od 1976 roku zyje w Niemczech.
    Jak dobrze pamietam Matke Drohojowske, jeszcze Matke Zurawska, Matke Merdas i prawie ze wszystkie mam przed oczyma…..tylko nazwisk juz nie pamietam….
    Przed rokiem odwiedzilam Polska Wies….zima….i niestety wszysko bylo zamkniete, dwie Siostrty poopowiadaly troche o aktualnosciach, ktore mnie zasmucily. Z powodow finansowych, duzych kosztow np. ogrzewania jest zima wszysdtko zamkniete.
    Wspominam te czasy w szkole bardzo dobrze, nie mam z nikim kontaktu…..moze tutaj pojawia sie jekies „dawne” i nawiazemy kontakt 🙂
    Elzbieta della Rovere, dawna Michalska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

15 + 2 =

promujbloga.pl

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Dowiedz się więcej jak je wyłączyć.

Ustawienia plików cookie w tej witrynie są ustawione na "allow cookies", aby zapewnić Ci najlepsze możliwości przeglądania. Jeśli kontynuujesz korzystanie z tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz przycisk "Akceptuj" poniżej, zgadzasz się na to.

Anulować