Ciężka chwila w mieście

Na marginesie urodzin Wiesława Myśliwskiego
4 kwietnia 2018
O tym, że miłość do kotów czasami oznacza walkę z nimi
16 kwietnia 2018
Pokaż wszystkie

Ciężka chwila w mieście

Tego dnia była cudowna wiosenna pogoda – taka, jak przystało na końcówkę marca. Najpierw była przedpołudniowa przechadzka od poznańskiej Teatralki do rynku Jeżyckiego, a po południu powrót tą samą trasą. Kiedy wracałem, było mniej więcej kwadrans po piętnastej. Na Dąbrowskiego jak zawsze mnóstwo ludzi, niektórzy szli spiesznym krokiem. Pewnie wpadli na Jeżyce coś załatwić czy coś kupić. Ale w tym całym mrowiu sporo było osób, którzy za nic mieli pośpiech. Wśród nich dzieci, najpewniej z okolicznych kamienic, które wracały dwójkami, trójkami ze szkoły. Oprócz dzieci, także starsi, schorowani ludzie, którzy w koślawych dłoniach nosili małe sprawunki. Inną grupę stanowili ci starsi ludzie, którzy wyszli z domu, by obserwować przechodniów. Lubię spacerować Dąbrowskiego. Jak tylko mam okazję jechać na kolejne bibliotekarskie szkolenie do biblioteki wojewódzkiej, która znajduje się przy samym rynku, to za każdym razem przyjeżdżam do Poznania dzień wcześniej i nocuję u rodziców. Rano tramwajem podjeżdżam na most Teatralny, a stamtąd idę już pieszo, choć mógłbym przecież podjechać siedemnastką. Podobnie jest z powrotem. Powroty nawet wolę bardziej. To chyba jest związane z rodzajem światła, jakie daje popołudniowe słońce, i energią ludzi, którzy o godzinie piętnastej czy szesnastej działają pełną parą. Najbardziej lubię obserwować zderzenie pośpiechu załatwiania spraw z powolnym powrotem dzieci ze szkoły czy spacerujących wolnym krokiem starszych ludzi. Coś się kończy i coś trwa w najlepsze, osiągając szczytowy punkt.

Tego dnia też tak było. Na przejście dla pieszych na ulicy Roosevelta dotarłem w prawdziwie wiosennym nastroju, tym bardziej że spotkałem tam znajomego z mojej gminy. Czar prysł na przystanku tramwajowym. I nie dlatego, że nie dostałem się do pierwszego tramwaju, który podjechał. Tuż za nim wjeżdżał przecież kolejny, który wiózł pasażerów w kierunku Piątkowa. Tak zadziałał widok ciżby ludzkiej, która bezwzględnie wtłaczała się do pojazdu komunikacji miejskiej. W każdym razie w drugim tramwaju było nieco mniej ludzi, więc udało się wejść. Drzwi się zamknęły i ruszyliśmy. Nie minęła minuta jak zrozumiałem, dlaczego wolę mieszkać na swojej wsi. Było duszno i gorąco, w powietrzu unosił się zapach perfum i potu, zewsząd atakowały mnie wyziewy współpasażerów. To wszystko, choć przykre, dawało się znieść. Największą uciążliwością okazał się ścisk i przymusowe przyleganie do siebie ciał. Ktoś dmuchał mi w kark, czyjaś teczka wbijała się w moją nogę, a na dodatek czyjś brzuch stale lądował na moich plecach. Ta krępująca bliskość powodowała, że i ja zacząłem się pocić, co wywoływało poczucie wstydu. Niewiele mniejszą uciążliwością był kontakt twarzą w twarz. Jechaliśmy oddech przy oddechu, oko przy oku, w cztery oczy, a nawet cały tłum oczu. Jak zawsze w takich sytuacjach staram się, aby mój wzrok nie spoglądał komuś w oczy. Spuściłem wzrok, żeby nie kłamać w żywe oczy, że to nie ja się pociłem, nie ja panią deptałem itd. Doświadczałem tłoku, który nie stawał się tłumem. Nie łączyło nas nic prócz ciał. Przez moment wyobraźnia podsuwała awangardowe skojarzenie z 3xM (miasto, masa, maszyna), w końcu tłok to element maszyny, w końcu ścisk to również narzędzie. Jakoś jednak nie przemawiało to do mnie, choć rzeczywiście doświadczałem i miasta, i masy, i maszyny! Zamiast wykrzykników pozytywnych emocji, które wystrzeliwałyby ze mnie jak z karabinu maszynowego, odczuwałem zmęczenie, wstyd i potworne zażenowanie.

Im dłużej myślę o powrocie poznańską „pestką” do rodzinnego domu, tym bardziej uderza mnie pewna oczywistość. Można przeczytać całe mnóstwo stron o tym, że wieś to specyficzne doświadczenie przestrzeni i siebie w tejże przestrzeni, że wieś to rozległość i otwartość, ale jak się tego nie przeżyje, to tak naprawdę nie wie się, o czym się czyta. Paradoksalnie po powrocie z Poznania udało mi się spojrzeć na swoje Duszniki w inny sposób. Widzę otwartą przestrzeń Dusznik i swobodę, jaką ona stwarza. Doceniam jej różnorodność, że obok zwartej zabudowy znajdują się olbrzymie połacie pól. Dopiero teraz odczuwam, jak wielkim komfortem jest nie musieć godzić się na zbytnią bliskość obcych ciał. Okazuje się, że prawdziwy luksus jest wtedy, kiedy nie trzeba spuszczać wzroku, by uniknąć zaglądania w oczy człowiekowi stojącemu obok.

Fotografia pochodzi ze strony http://www.kinorialto.poznan.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

two + 5 =

promujbloga.pl

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Dowiedz się więcej jak je wyłączyć.

Ustawienia plików cookie w tej witrynie są ustawione na "allow cookies", aby zapewnić Ci najlepsze możliwości przeglądania. Jeśli kontynuujesz korzystanie z tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz przycisk "Akceptuj" poniżej, zgadzasz się na to.

Anulować